Siedzieliśmy w tym przeklętym aucie czekając na zbawienie. Rozłożyłam się na siedzeniu wygodnie obserwując jednocześnie okolicę.
-To bezsens tu stać, nawet nie wiemy, czy to właśnie na tym osiedlu zaatakują.
Spojrzałam na schowek i ściągnęłam brwi zamyślona. Przypomniałam sobie o tym co powiedział wampir... mapa... może nie bredził przez nadmiar trucizn w organizmie i warto chociażby nawet sprawdzić.
Wyjęłam ze schowka mapę miasta i zaczęłam szukać ulic, na których zabijali. Wzięłam długopis który ledwo co pisał. Z linii które się układały nic nie wynikało oprócz tego, że wiedziałam na której ulicy dojdzie do następnego morderstwa. Kai ruszył pytając jedynie o ulicę. Partnerzy mają specjalną więź, rozumiemy się praktycznie bez słów. Więzi jednak są nawiązywane chemicznie i przez NATO wstrzykiwane i łączone węzami krwi od najmłodszych lat trafienia do tej organizacji. To bardzo bolesny proces, potem uciążliwy dla obu stron. To coś jak wpojenie wilka, tylko w moim przypadku nie czułam do Kai'a nic oprócz sympatii bo nie chciałam nawiązywać żadnych relacji. Dla mnie najważniejsze jest teraz odnalezienie siebie i znaleźć odpowiedź dlaczego gdy się skaleczę krwawię na srebrno, a inni łowcy naturalnie... byłam kimś wyjątkowym, tak to sobie tłumaczyłam.
-Gdzie idziesz? - spytał Kai gdy otworzyłam drzwi i wychyliłam się z auta.
-Sprawdzić teren, czy rodzina jest w domu i tak dalej. Jest wieczór, atakują nocą.
Poruszałam się cicho, byłam zwinna i szybka, doskonale strzelałam z każdej broni i znałam swoje możliwości. Można by powiedzieć, że jestem narcystyczna... wiele osób mnie za taką ma. Nauczono mnie tu, że nikt nie ma na ciebie wpływu, choć uczą odwrotnie. To łowcy mają być zależni od NATO, od dowódców. Mamy się ich bać, być im wierni jak psy i lizać im tyłki. Ja jestem inna i zawsze byłam, nie mogłabym usługiwać komuś. Magia którą władam a nikt o tym nie wie oprócz Kai'a mogłaby ich wszystkich zabić... jednak długo jej nie używałam, nie praktykowałam odkąd... nawet nie wiem ile tu jestem i kiedy tu wróciłam... czasem mogliśmy wrócić do swoich rodzin i ich odwiedzić ale szybko sprowadzało to na nich nieszczęście bo nieśliśmy za sobą zapach który potwory różnej i wszelakiej maści mogły wyczuć i wtedy często mordowały gdy wracaliśmy do naszego ''domu'', czyli pieprzonej organizacji. Nigdy nie chciałam tu być ale jestem bo wiem, że tu coś osiągnę... jednak odkąd zaczęłam zastanawiać się kim jestem... miewać dziwne sny... po prostu muszę wiedzieć kim jestem za wszelką cenę. Nie wiem co to dzieciństwo, dorastać, chodzić do szkoły ani zakochać się, nie czuje absolutnie nic do nikogo i niczego. Chcę być potężna i czuć tą moc w żyłach, w kościach... należy mi się to.
-Suna - ocknęłam się słysząc głos kompana. - spójrz, tu też są dzieci. Dwójka.
Zobaczyłam dwulatkę i czteroletniego chłopca z radosnymi rodzicami u boku. Serce mi lekko drgnęło, komu by nie drgnęło wiedząc, że ktoś mógłby zabić ich wszystkich i zostawiając najmłodsze dziecko? Nie tylko je zostawiali ale także po zabraniu dzieciaków do domu dziecka przeważnie znikały po paru dniach. Nie możliwe, że wampiry przemieniają małe dzieci albo czekają do pewnego wieku i wtedy... to po prostu nie może się stać bo to byłaby wojna na większą skalę niż tylko świat nadnaturalny. Ludzie też by walczyli... a my im po prostu chcemy pomóc.
-Idź na ogródek, ja się rozejrzę.
Oczywiście, gdy poszłam nieco dalej była zdaje się ich szopa... albo garaż... w ciemności dziwnie to wyglądało. Weszłam do środka bez pardonu przez okno i zaczęłam rozglądać się za światłem. Nie mieliśmy dobrego wzroku w ciemnościach, niestety.
-Wiedziałem, że przyjdziesz. - usłyszałam zachrypnięty głos mężczyzny, odwróciłam się gdy zapaliło się światło, nikogo dookoła nie widziałam.
Czułam jednak, że nie jestem sama a ten ktoś nie był słabym przeciwnikiem. Czułam w środku pieczenie od żołądka do krtani, zaczęłam nerwowo kaszleć by pozbyć się nieznośnego bólu. Ktoś mi to robił... ta osoba...
-Tu jestem, Suno. - odwróciłam się znów i ujrzałam zakapturzonego faceta spoglądającego na mnie.
-Kim jesteś?
-Skelige, jestem magiem, bo raczej męskiego określenia wiedźm nie ma. - roześmiał się. - Jednak widzę po twoich oczach, że zaklęcie zadziałało.
-Jakich oczach i jakie zaklęcie? - cofnęłam się o krok.
-Masz złote oczy węża, nie ludzkie. Użyłem zaklęcia ukazującego twoją prawdziwą formę, co masz we krwi i genach. Jednak nie przeszłaś mutacji ze względu na NATO, stłamsili w tobie moc jaką nosisz. Jesteś tak wyjątkowa, a ja mogę ci pokazać kim jesteś.
-Jak?
-Musisz tylko uciec ze mną. Przy mnie cię nie dopadną. - uśmiechnął się.
-Musze to przemyśleć.
-Ucieknij a wtedy się zjawię.
Zniknął, a ja znów czułam się normalnie.
Oczy węża..?
I jak mam niby uciec?
-Jesteś sprytniejsza od tych kretynów, dasz radę. - westchnęłam pod nosem i wyszłam.
-Gdzieś ty była!? - warknął Kai.
Wsiadałam do auta szukając odpowiedzi, wyczuje że kłamie.
-Byłam w szopie, chciałam sprawdzić, czy nikogo tam nie ma... i nie ma. - odparłam wzruszając ramionami.

